Nadzwyczajne środki w obliczu kryzysu. Możliwe zbieranie danych telekomunikacyjnych [WYWIAD]

psav zdjęcie główneEkspert zastrzegł przy tym, że potrzebne jest określenie kto będzie miał dostęp do takich danych, co można z nimi robić i do kiedy mogą być one przechowywane.
Komisja Europejska chce by operatorzy sieci dostarczali jej dane lokalizacyjne z telefonów komórkowych mieszkańców państw UE, by stworzyć wzorce dotyczące rozprzestrzeniania się koronawirusa i oceniać jak działają krajowe środki przeciw epidemii. Kraje unijne też wprowadzają swoje rozwiązania w tym zakresie, część z nich, np. Polska stworzyło specjalną aplikację, która ma pomagać służbom w kontrolowaniu osób objętych kwarantanna domową.
PAP: Obserwując to co się dzieje na świecie uważa pan, że po tej pandemii możemy mieć zupełnie inne podejście do prywatności, e-prywatności, do naszych danych?
W.W.: Pojawi się mnóstwo pytań, kwestionowania dotychczasowych zasad. Mam szczerą nadzieję, że nie zrezygnujemy z rozwiązań, które do tej pory były dla nas podstawą, czyli traktowania ochrony naszych danych i prywatności jako części godności ludzkiej, jako części tego, co jest podstawą systemu stawiającego na człowieka, a nie na państwo.
Z drugiej strony wiele praktycznych rozwiązań zostało poddanych w tej chwili próbie i tę próbę trzeba ocenić. Będzie czas na ich przemyślenie, tylko wolałbym, żeby ta refleksja następowała, gdy spokojnie podchodzimy do sprawy, a nie w momencie kiedy mamy zagrożenie.
PAP: Epidemia powoduje, że dzieją się takie rzeczy, które były do tej pory nie do pomyślenia. Instytucje unijne, które kojarzone są z ochroną prywatności chcą danych dot. lokalizacji użytkowników. Pan to popiera?
W.W.: To, że podejmowane są szczególne środki, w szczególnych okolicznościach nie oznacza jeszcze, że nie stosujemy zasad. Jest oczywiste, że każda instytucja musi być przygotowana na sytuacje nadzwyczajne. Jeśli mamy do czynienia z katastrofą naturalną, powodzią albo pożarem, to podejmujemy działania nadzwyczajne. Nie oznacza to jednak, że nie bierzemy pod uwagę naszych generalnych zasad. Używamy rzeczy, które do nas nie należą, po to, żeby gasić pożar, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności jaką możemy ponieść.
Z podobną sytuacją mamy do czynienia teraz. Nie jest ona zaskoczeniem dla systemu prawnego. Rozporządzenie o ochronie danych (RODO) i dyrektywa o prywatności w komunikacji elektronicznej wprost stwierdzają, że pewnego rodzaju działania mogą być wdrażane, jeśli mamy do czynienia z ponadgranicznym zagrożeniem dla zdrowia i jeśli potrafimy stworzyć odpowiednie zabezpieczenia.
PAP: Jakie powinny być zabezpieczenia?
W.W.: Musimy wiedzieć co dokładnie robimy, do jakiego celu chcemy wykorzystać dane, kto może dokonywać tych działań, oraz co zrobimy, kiedy skończy się zagrożenie i będziemy chcieli wrócić do normalności. Myślę, że jedną z podstawowych zasad, którą trzeba wziąć pod uwagę jest to, że wszystkie środki jakie podejmujemy są środkami nadzwyczajnymi, czasowymi. W momencie gdy niebezpieczeństwo dla społeczeństwa zostanie zażegnane powracamy do sytuacji, która miała miejsce do tej pory.
PAP: Na jak długo można wyłączyć normalne zasady?
W.W.: Zdaje sobie oczywiście sprawę, że w tej chwili wyznaczanie końcowej daty jest wróżeniem z fusów, natomiast powinniśmy powiedzieć, że sytuacja jest tymczasowa i będzie ten moment kiedy uznamy, że została ona zakończona. Co więcej powinniśmy w tej chwili ustalić w jaki sposób to określamy, czy kto jest tym kto określa jaki to jest okres.
PAP: Część rządów europejskich idzie wzorem azjatyckim, np. Bułgaria chce śledzić swoich obywateli.
W.W.: Nie chce się odnosić bezpośrednio do przypadku bułgarskiego, bo go nie znam, ale wyobrażam sobie sytuację, w której zostanie uznane za niezbędne zbieranie takich danych, aż do poziomu pojedynczej osoby i wręcz śledzenie tego, w jaki sposób ta osoba się porusza bądź poruszała się w przeszłości. Oczywiście będzie to dozwolone tylko w sytuacji, kiedy mamy nadzór nad tym do czego te dane są wykorzystywane, przez kogo i co zostanie z nimi zrobione, gdy minie zagrożenie.
PAP: Kto może dostarczać takich danych?
W.W.: Operatorzy telekomunikacyjni, dostarczyciele internetu, ale też transport, Uber i inne firmy mające informacje o lokalizacji osób. Gdybym się zastanawiał do jakich celów mają być te dane wykorzystywane ograniczyłbym to zwalczania niebezpieczeństw epidemiologicznych, natomiast nie umożliwiałbym ich do wykorzystywania czegokolwiek innego, nawet do zwalczania przestępczości.>>> Czytaj też: Sejm uchwalił specustawę o wsparciu dla firm w związku z epidemią

KE chce danych z telefonów komórkowych mieszkańców UE. Będzie tworzyć modele dotyczące Covid-19

psav zdjęcie główne”Komisja prowadzi rozmowy ze stowarzyszeniami operatorów komórkowych na temat dostarczania zagregowanych i anonimowych danych o lokalizacji telefonów komórkowych” – powiedział w czwartek PAP rzecznik KE Johannes Bahrke.
Na początku tego tygodnia w tej sprawie z przedstawicielami operatorów spotkał się unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego Thierry Breton. Bruksela chciałaby, aby dane przekazywał jej jeden z operatorów z każdego kraju członkowskiego. Później miałyby one trafiać do Wspólnego Centrum Badawczego (JRC), czyli wewnętrznego działu naukowego KE do opracowania.
„Dane te pozwalają analizować wzorce przemieszczania się, w tym wpływ środków ograniczających na intensywność kontaktów, a tym samym ryzyko zakażeń” – podkreślił Bahrke. Zastrzegł przy tym, że dane te nie umożliwiają śledzenia poszczególnych użytkowników.
Unijne przepisy o ochronie danych osobowych (RODO) nie stoją na przeszkodzie wykorzystywaniu anonimowych danych. Co do zasady dane o lokalizacji mogą być wykorzystywane przez operatora tylko wtedy, gdy są anonimowe lub za zgodą osób których dotyczą i ewentualnie za zgodą sądu.
Przypadek pierwszy dotyczy planów KE, ale niektóre państwa na świecie, w tym również te z UE sięgnęły już po dane, które nie są anonimizowane. MSZ Bułgarii otrzymało np. od wtorku dostęp do danych z telefonów komórkowych obywateli i do ich kontaktów bez zgody sądu. Stało się to na mocy przepisów o stanie nadzwyczajnym.>>> Czytaj też: Koronawirus i geolokalizacja. Polacy zostali w domach, Włosi i Brytyjczycy już niekoniecznie [MAPY]
Powodem zezwolenia na śledzenie obywateli za pomocą ich komórek jest konieczność upewnienia się, że przestrzegają oni kwarantanny, nałożonej na Bułgarów z powodu pandemii koronawirusa.
W niektórych krajach, w tym w Polsce, zdecydowano się na inne rozwiązanie – specjalną aplikację, która ma pomagać służbom w kontrolowaniu osób objętych koniecznością odseparowania się od społeczeństwa. Jej instalowanie nie jest jednak obowiązkowe dla osób na kwarantannie.
Prawo UE pozwala jednak w takich okolicznościach jak obecne na inwigilację obywateli przy pomocy ich telefonów komórkowych. Artykuł 15 dyrektywy o prywatności i łączności elektronicznej zezwala krajom UE na przyjęcie przepisów ograniczających zakres niektórych praw i obowiązków dotyczących e-prywatności, by chronić bezpieczeństwo publiczne.
„Nasze regulacje przewidują wyjątki od zasad. Są podstawy prawne do przetwarzania danych osobowych ze względu na interes publiczny w obszarze ochrony zdrowia” – mówił we wtorek na konferencji prasowej rzecznik KE Christian Wigand.
Dane takie, jeśli zostanie to uznane za konieczne mogą być wymieniane przez odpowiednie władze w krajach członkowskich. Jeśli chodzi o zagregowane dane, gdy identyfikacja kogo one dotyczą nie jest możliwa, ogólne zasady RODO nie obowiązują. Takie właśnie dane chce zbierać KE.
Gdy trafią one do Brukseli zostaną opracowane przez naukowców. Następnie wyniki modelowania, tj. prognozy rozprzestrzeniania się koronawirusa mają być udostępnione odpowiednim organom państw członkowskich.
Na razie KE nie planuje unijnej aplikacji mającej śledzić ruchy osób i pomagać, np. ostrzegać tych, którzy zetknęliby się z kimś z koronawirusem. Analitycy KE jednak oceniają skuteczność uruchomionych przez niektóre kraje rozwiązań wprowadzonych by zaradzić kryzysowi.>>> Czytaj też: Tarcza antykryzysowa: Rząd przytnie dopłaty dla firm?

Prezes UKE: Licytacja w aukcji 5G może skończyć się szybko. Nawet po 1 dniu

psav zdjęcie główneJeśli któryś z czterech operatorów zrezygnuje z udziału lub odpadnie po formalnym etapie, wolny blok zostanie rozdysponowany ponownie między zwycięzców pierwszej aukcji – powiedział.
Aukcja na cztery bloki po 80 MHz z zakresu 3,4-3,8 GHz ruszyła 6 marca. Jak wskazał szef Urzędu Komunikacji Elektronicznej, na razie operatorzy mają czas na złożenie ofert wstępnych. Po 23 kwietnia Urząd oceni je pod względem formalnym. Zdaniem Marcina Cichego paradoksalnie jest to etap, którego nie należy bagatelizować.
„W historii Urzędu zdarzało się, że operator popełniał błędy formalne w przygotowaniu oferty np. źle numerował strony, czy błędnie poświadczał dokumenty za zgodność z oryginałem” – powiedział Marcin Cichy, zaznaczając, że nie ma możliwości, jak np. w postępowaniu administracyjnym, uzupełniania braków formalnych już po złożeniu dokumentów. „Jeśli zdarza się błąd – operator odpada” – podkreślił prezes UKE.
Operatorzy zakwalifikowani do drugiego etapu przejdą szkolenie z obsługi systemu aukcyjnego, oraz będą uczestniczyli w zdalnej aukcji próbnej. „Jest to aukcja elektroniczna na platformie informatycznej dostarczonej przez firmę zewnętrzną. Operatorzy licytują w swoich siedzibach, a eksperci UKE nadzorują proces z naszego centrum zarządzania. Po ćwiczeniach symulacyjnych operatorzy przystąpią do realnego podbijania ceny” – opisywał Marcin Cichy.
Przypomniał, że do wylicytowania są cztery bloki po 80 MHz z zakresu 3,4-3,8 GHz, a w aukcji wezmą udział prawdopodobnie cztery podmioty. „Operator może złożyć ofertę w danej rundzie tylko na jeden blok, ale w kolejnych rundach może podbijać jego cenę lub przenosić ofertę między pozostałymi blokami” – mówił.
Jak dodał, aukcja kończy się, gdy nikt nie wykona ruchu – tzn. nie podbije ceny, nie zmieni bloku, ani nie wykorzysta żadnej z pięciu opcji uprawniających do niezłożenia oferty w rundzie.
„Cena wywoławcza każdego bloku wynosi 450 mln zł, jednak bloki są zróżnicowane jakościowo. Dwa posiadają większą dostępność widma w początkowych latach rezerwacji, stąd teoretycznie można się spodziewać ich nieco wyższej ceny ostatecznej” – powiedział szef UKE, który spodziewa się, że spółki w pierwszej kolejności będą walczyć o „lepsze” bloki, ale gdy dojdą do wniosku, że ich kwota przekracza wartość użytkową, wrócą do „gorszych” bloków.
Pytany o prognozowany czas trwania aukcji Marcin Cichy wskazał, że operatorzy mogą w każdej rundzie podbijać ceny o 2, 4, 6, 8 i 10 proc., a w ciągu dnia może odbyć się kilka rund. „Z tego wynika, że aukcja może nawet zakończyć się po kilku rundach już pierwszego dnia, może też potrwać kilka dni. Taki scenariusz odzwierciedla nasza prognoza przychodów, gdzie cena wywoławcza za 4 bloki wynosi łącznie 1 mld 800 mln zł, a przewidywane wpływy do budżetu państwa to 1 mld 914 mln zł” – wskazał.
Zauważył, że w przeciwieństwie do prowadzonej przez Urząd przed pięcioma laty aukcji LTE, która trwała wiele miesięcy, w obecnej – pasma C założenia i przedmiot licytacji są mniej skomplikowane, a strategie operatorów prostsze do oszacowania.
„Wbrew spekulacjom o fiskalnych motywach, zdecydowaliśmy się na aukcję wyłącznie, aby zminimalizować ryzyko nierozdysponowania czterech bloków między czterech operatorów. W przetargu nie ma miejsca na korektę decyzji, o który blok zabiegać. W aukcji można zaś zmienić preferencje w kolejnej rundzie negocjacji. Już rok temu zdecydowaliśmy, że aukcja UKE nie będzie skokiem na kasę. Ma zapewnić maksymalizację korzyści konsumentów wszystkich sieci mobilnych poprzez równomierny wzrost dobrobytu społecznego” – mówił Cichy.
Jak wyjaśnił, gdyby okazało się, że któryś z czterech bloków (po 80 MHz każdy) nie znajdzie nabywcy, zostanie podzielony między zwycięzców obecnej aukcji w kolejnym postępowaniu dystrybucyjnym, tak by każdy miał szansę na uzyskanie docelowo po 100 MHz. Dodatkowe 20 MHz zasili także tzw. blok zerowy, który obecnie nie podlega dystrybucji.
„Chcemy zachować rynkową równowagę, żaden z operatorów nie musi być wykluczony z wdrożenia 5G w Polsce, ale też nie chcemy doprowadzić do zbyt dużej przewagi technologicznej, którą spowodowałaby kumulacja np. 160 MHz. Mamy w Polsce czterech graczy, którzy gwarantują konsumentom bardzo konkurencyjny rynek i zależy nam, by utrzymać obecny poziom satysfakcji konsumentów” – podkreślił prezes UKE.
Zdaniem Marcina Cichego prawdopodobieństwo, że któryś z operatorów nie wystartuje w aukcji, jest niskie, gdyż bez pasma C nie da się efektywnie zbudować 5G w Polsce. „Można próbować przekonywać klientów do 5G opartego na alternatywnych zasobach 2,1 czy 2,6 GHz, ale taka filozofia nie obroni się wobec usług budowanych z wykorzystaniem 3,6 GHz” – powiedział Cichy.
W jego ocenie „konkurenci nie przegapią okazji, aby takiego operatora zweryfikować, na sile przybierze walka marketingowa, także regulator będzie musiał kontrolować obowiązki informacyjne dostawców usług”. W opinii prezesa URE operator odrzucający pasmo C, skazałby swoich klientów na usługową degradację, a to pierwszy krok do ich utraty.
Według Cichego nie ma też obaw, że w drodze porozumienia operatorzy podzielą bloki między siebie jeszcze przed licytacją. „Byłoby to ryzykowne i czytelne dla organów państwa” – podkreślił Cichy, ale przyznał, że zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa możliwa jest sytuacja, że operatorzy skutecznie obstawią wszystkie bloki już w pierwszej rundzie, w takim przypadku aukcja zakończy się bardzo szybko.
Szef UKE powiedział też, że proces przydziału częstotliwości powinien zakończyć się najpóźniej do końca sierpnia, chociaż teraz trudno przewidzieć ryzyka płynące z zagrożenia koronawisurem w Polsce. Termin na złożenie ofert wstępnych pozostaje bez zmian i upływa 23 kwietnia br. o godz. 15.>>> Czytaj też: Oszczędności masowo uciekają przed inflacją

YouTube i Twitter bez „no limits”. Pakiety bez limitów niezgodne z prawem UE?

psav zdjęcie główneW całej Europie operatorzy komórkowi oferują pakiety, w ramach których korzystanie z wybranych aplikacji nie jest wliczane do wykupionego pakietu danych. W branży nazywa się je usługami zero-rating. Ma to przyciągnąć klientów, których aktywność w internecie skupia się na wybranych serwisach. Nie inaczej jest w Polsce. Dla przykładu – Orange oferuje usługę Social Pass nastawioną na użytkowników często korzystających z mediów społecznościowych. Używając aplikacji takich jak Facebook, Messenger, Instagram czy Twitter, nie wyczerpują oni swego pakietu danych. Co więcej, nawet po jego wyczerpaniu, gdy dla innych aplikacji internet radykalnie zwalnia, to te wybrane wciąż działają z normalną prędkością. W T-Mobile można wykupić chociażby Supernet Video, który oferuje poza pakietem serwisy takie jak YouTube, Netflix czy Player. Klienci Plusa mogą liczyć na nielimitowany transfer podczas oglądania filmów w serwisie Ipla i słuchania muzyki w Plus Music.
Teraz okazuje się, że tego typu usługi mogą być niezgodne z prawem unijnym. Tak przynajmniej wynika z wydanej niedawno opinii rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. psav picture max width
– Jeśli wyrok potwierdzi zakaz takich praktyk, to może mieć to ogromne znaczenie dla polskiego rynku. Większość operatorów ma obecnie w ofercie dostęp do pewnych kategorii aplikacji poza limitem danych. Jeżeli polskie organy regulacyjne zainspirowane tą sprawą rozpoczną badanie rynku w tym samym kierunku (a praktyka pokazuje, że sprawy takiej rangi rzadko bywają przeoczane), to telekomy może czekać mała rewolucja – komentuje Krzysztof Witek, adwokat współpracujący z kancelarią Affre i Wspólnicy.
Zapomniane rozporządzenie
Sprawa rozpoznawana przez TSUE, a w zasadzie dwie połączone sprawy, dotyczą węgierskiego operatora Telenor Magyarország. W jednym z pakietów oferował on 1 GB danych do wykorzystania w dowolny sposób. Po przekroczeniu tego limitu internet znacząco spowalniał. Nie dotyczyło to jednak wybranych aplikacji służących do przeglądania sieci społecznościowych i wysyłania wiadomości. Z nich można było korzystać bez limitu. Inny pakiet, którego dotyczy druga sprawa, pozwalał bez ograniczeń korzystać z usług wybranych aplikacji muzycznych. W obydwu tych sprawach węgierski krajowy urząd ds. mediów i komunikacji (Nemzeti Média- és Hírközlési Hatóság Hivatala) uznał praktyki operatora za sprzeczne z prawem unijnym i nakazał ich zaprzestania. Sąd, do którego odwołał się Telenor, postanowił zaś skierować wniosek prejudycjalny do TSUE.
Opisywane usługi zostały zakwestionowane na podstawie mało znanego unijnego rozporządzenia 2015/2120 ustanawiającego środki dotyczące dostępu do otwartego internetu.
– Mam wrażenie, że polska branża nieco zbagatelizowała jego wejście w życie. To błąd, bo możemy być pewni, że organy regulacyjne tego nie przeoczyły – zauważa Krzysztof Witek.
Głównym zadaniem rozporządzenia jest zapewnienie neutralności internetu. Zagwarantowano w nim jednak również równe traktowanie użytkowników końcowych. Sformułowanie to może być mylące. Chodzi bowiem nie tylko o samych użytkowników korzystających z sieci, przeglądających strony czy używających aplikacji sieciowych.
– Rzecznik generalny zwrócił w swej opinii uwagę, że przez pojęcie użytkowników końcowych rozporządzenie odnosi się zarówno do abonentów, jak i do dostawców treści oraz aplikacji, którzy to dostawcy również mogą być dyskryminowani w związku z tym, że ich treści lub aplikacje nie zostały uwzględnione w usłudze typu zero-rating – tłumaczy Marcin Alberski, członek międzynarodowego zespołu Tech & Comms w polskim biurze Bird & Bird.
Zakaz dyskryminacji
Wspomniane rozporządzenie w art. 3 zawiera dwie odrębne regulacje (patrz: ramka). Ustęp 2 zakazuje ograniczać prawa użytkowników końcowych w zawieranych z nimi umowach. Chodzić tu więc będzie przede wszystkim o abonentów. Z kolei ust. 3 nakazuje operatorom traktować wszystkie transmisje danych po równo, bez dyskryminacji i ograniczania. Ten przepis odnosi się więc do zarządzania ruchem internetowym.
– Opinia wyraźnie wskazuje, że usługi typu zero-rating polegające na spowolnieniu w dostępie do aplikacji i treści innych niż uprzywilejowane w ramach oferty powinny być analizowane zgodnie z art. 3 ust. 3 rozporządzenia. Dodatkowa analiza na gruncie art. 3 ust. 2 rozporządzenia nie jest więc konieczna. Omawiając tę kwestię, rzecznik odróżnił bezpośrednie naruszenie praw użytkowników końcowych do swobodnego korzystania z internetu bez dyskryminacji treści lub aplikacji (art. 3 ust. 2 rozporządzenia) od pośredniego naruszenia tych praw poprzez dyskryminujące środki zarządzania ruchem (art. 3 ust. 3 rozporządzenia) – wyjaśnia Marcin Alberski.
Mówiąc wprost – usługi typu zero-rating zwyczajnie dyskryminują dostawców aplikacji, które nie są w nich ujęte. Jeśli w pakiecie znajdzie się nielimitowany dostęp do jednego z serwisów informacyjnych, to pozostałe serwisy są poszkodowane, gdyż użytkownik będzie z nich dużo mniej chętnie korzystał, aby nie wyczerpywać swojego limitu transferu.
„Zagwarantowanie równego i niedyskryminacyjnego zarządzania ruchem internetowym jest warunkiem koniecznym, aby sieć była rzeczywiście otwarta dla użytkowników końcowych. To otwarcie oznacza możliwość uzyskania dostępu do treści, aplikacji i usług, a także ich udostępniania i rozpowszechniania bez ograniczeń” – podkreślił Manuel Campos Sánchez-Bordona w swej opinii.
Wyrok zgodny z opinią TSUE prawdopodobnie wymusi na firmach usunięcie z ofert usług zero-rating. W przeciwnym razie będą musiały liczyć się z niekorzystnymi dla siebie sankcjami ze strony regulatorów krajowych (przede wszystkim Urzędu Komunikacji Elektronicznej).
– Wprowadzenie takich zmian byłoby też zgodne ze szczegółowymi wytycznymi dotyczącymi neutralności sieci, które w 2016 r. zostały przyjęte przez Organ Europejskich Regulatorów Łączności Elektronicznej (BEREC) – zaznacza Marcin Alberski.>>> Czytaj też: Potężna wyprzedaż na Wall Street. Inwestorzy znów panikują

UKE ogłosił aukcję na rezerwacje częstotliwości umożliwiających rozwój sieci 5G

psav zdjęcie główne”Realizując strategiczne kierunki działań Prezesa UKE w latach
2017-2021, ogłaszamy aukcję na częstotliwości umożliwiające rozwój sieci
5G w Polsce” – czytamy w komunikacie Urzędu.UKE poinformował, że ogłoszona w piątek aukcja obejmie 4
ogólnopolskie rezerwacje częstotliwości z pasma 3,6 GHz (tzw. pasmo C), a
każda rezerwacja będzie obejmować blok częstotliwości o szerokości 80
MHz i będzie ważna do 30 czerwca 2035 r., a termin na składanie ofert
wstępnych w aukcji upływa 23 kwietnia br. o godz. 15.”W aukcji będą mogły wziąć udział jedynie podmioty legitymujące się
odpowiednim doświadczeniem na polskim rynku telekomunikacyjnym i
wiarygodnością finansową. Każdy uczestnik aukcji będzie mógł uzyskać
jedną rezerwację częstotliwości. Dla każdej z czterech rezerwacji cena
wywoławcza wynosi 450 mln zł” – zaznaczył UKE.Urząd ocenił, że ogłoszona w piątek aukcja umożliwi rozwój w Polsce
sieci o wysokiej przepustowości, wykorzystujących w technologię 5G.Zaznaczył, że na zwycięzców aukcji nałożone zostaną zobowiązania do
rozwoju sieci – każdy operator będzie musiał uruchomić minimum 700
stacji bazowych wykorzystujących przydzielone częstotliwości do końca
2025 r., a w wyniku realizacji tych zobowiązań w Polsce uruchomionych
zostanie co najmniej 2800 stacji bazowych.W czwartek podczas posiedzenia sejmowej komisji cyfryzacji Cichy
poinformował, że prognozowane wpływy z aukcji do budżetu to ok. 1,9 mld
zł i, że zostały one uzgodnione z ministrem finansów.Cichy mówił w czwartek, że operatorzy, którzy zwyciężą w aukcji muszą
– w ciągu czterech miesięcy – wybudować 10 stacji bazowych 5G w jednym
mieście wojewódzkim, 300 stacji do końca 2023 r. oraz 700 takich stacji
do końca 2025 r. Jak ocenił, „to zobowiązanie ma pobudzić inwestycje”.W piątkowym komunikacie UKE wskazano, że ogłoszenie aukcji realizuje
obowiązek zreorganizowania i umożliwienia użytkowania wystarczająco
dużych bloków z pasma 3,6 GHz do końca 2020 r. dla ułatwienia realizacji
sieci 5G nałożony na państwa członkowskie w Europejskim Kodeksie
Łączności Elektronicznej.Komisja Europejska chce by do końca 2020 r sieć 5G działała
przynajmniej w jednym mieście każdego kraju członkowskiego, a do 2025 r.
powinny mieć ją wszystkie duże miasta w UE oraz główne szlaki
transportowe. Główne parametry sieci 5G to 1 Gb/s transferu, a także
opóźnienie mniejsze niż 5 milisekund oraz obsługa ponad 100 urządzeń na
metr kwadratowy powierzchni.
Sieć 5G (sieć telekomunikacyjna piątej generacji) to nowy standard
telekomunikacyjny, który ma umożliwić pięćdziesięcio -, a nawet
stukrotne zwiększenie prędkości transmisji w porównaniu do obecnie
wykorzystywanej sieci 4G. Technologia ta ma przyspieszyć m.in. rozwój
internetu rzeczy, usług telemedycyny, autonomicznych pojazdów czy
inteligentnych miast.>>> Czytaj też: Firmom grozi 1 mln zł kary za nieprzekazanie danych do rejestru beneficjentów

Netia miała 47,6 mln zł zysku netto, 78,2 mln zł zysku EBIT w 2019 r.

Warszawa, 27.02.2020 (ISBnews) – Netia odnotowała 47,58 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w 2019 r. wobec 64,84 mln zł zysku rok wcześniej, podała spółka w raporcie. Zysk operacyjny wyniósł 78,19 mln zł wobec 76,02 mln zł zysku rok wcześniej. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży sięgnęły 1 297,39 mln zł w 2019 r. wobec 1 373,1mln zł rok wcześniej. W osobnym komunikacie spółka podała, że skonsolidowane przychody w samym IV kw. 2019 r. wyniosły 325 mln zł.  „Przychody grupy Netia za 2019 rok wyniosły prawie 1,3 mld zł, a zysk EBITDA około 357 mln zł (zgodnie z MSR 17). Poziom zadłużenia finansowego netto wyniósł na koniec 2019 roku ok. 240 mln zł, co oznacza bardzo komfortowy mnożnik 0,67x zysku EBITDA za 2019 rok dla grupy Netia” – napisał prezes Andrzej Abramczuk w liście do akcjonariuszy. Według prezesa, grupa Netia w istotny sposób korzysta z możliwości, które daje współpraca z pozyskanym w maju 2018 roku większościowym inwestorem strategicznym, Grupą Cyfrowy Polsat. „Wzajemna współpraca pozwala nam na generowanie nowych strumieni przychodów oraz wpływa pozytywnie na poziom ponoszonych przez Netię kosztów operacyjnych oraz nakładów inwestycyjnych. Efekty tych działań są widoczne w prezentowanym Państwu sprawozdaniu finansowym za 2019 rok, w którym, pomimo dużej presji rynkowej, wypracowaliśmy satysfakcjonujący poziom zysku EBITDA” – dodał prezes. Zysk EBITDA zgodnie z MSR17 wyniósł w całym 2019 roku 357 mln zł (-2% r/r) a w samym IV kw. 89 mln zł (-7% k/k oraz +8% r/r). Tym samym marża EBITDA utrzymywała się na poziomie ponad 27%. Zysk EBITDA zgodny ze standardem MSSF16 za cały 2019 rok wyniósł 457 mln zł a za IV kw. ub. r. 115 mln zł (-4% k/k), podano w osobnym komunikacie.  „Łącznie nakłady inwestycyjne grupy Netia w 2019 r. wzrosły do 352 mln zł (z 300 mln zł w roku 2018). W 2019 roku spółka kontynuowała projekt modernizacji sieci do standardu światłowodowego (łącza gigabitowe) o nazwie Sieć XXI Wieku. W efekcie już ponad 1,4 mln łączy dostępowych grupy Netia pozwala na świadczenie usług z prędkością do 1 Gb/s. W całym 2019 r. rozliczone inwestycje w ramach tego projektu sięgnęły kwoty 91 mln zł. Łącznie zobowiązania inwestycyjne nieujęte w sprawozdaniu finansowym na dzień 31 grudnia 2019 r. wyniosły 69 mln zł” – czytamy dalej. Jak podaje dalej spółka, wzrost nakładów inwestycyjnych związanych głównie z podłączaniem nowych klientów oraz projektem modernizacji sieci dostępowej sprowadziły OpFCF (wolne przepływy gotówkowe) do kwoty 5 mln zł (-92% r/r). Natomiast zadłużenie netto na koniec 2019 r. wyniosło 240 mln zł (+25% r/r), co stanowi dźwignię finansową na poziomie 0,67x zysku EBITDA (wg. MSR17) za 2019 r. „Na przełomie 2019 i 2020 roku grupa Netia zwiększyła zasięg własnych nowoczesnych sieci dostępowych (przede wszystkim na potrzeby segmentu B2C) o blisko 85 tys. lokali, poprzez akwizycje lokalnych operatorów w Krakowie (ISTS) i Łomży (IST) za łączną kwotę ok. 44 mln zł.  Z kolei w I kw. br. Netia przejęła za kwotę 34 mln zł centrum danych RASP w Krakowie. Akwizycja ta wzmocni pozycję grupy Netia w obszarze szeroko pojętych usług ICT na południu Polski”- czytamy także. Przychody osiągnięte przez Netię w IV kw. 2019 r. w obszarze komercyjnym B2B wyniosły 177 mln zł, co oznacza 2-proc. wzrost kwartał do kwartału, podano dalej. „Spółka odnotowała stabilne przychody lub wzrosty we wszystkich kategoriach. Za wzrostem przychodów w stosunku do III kw. ub. r. stały przede wszystkim wpływy z usług transmisji danych i rozwiązań ICT (wykazywane w linii: Pozostałe usługi). Spółka utrzymuje jednocześnie wzrostowy trend projektów sprzedażowych dotyczących zaawansowanych produktów ICT (NetiaNext), na których opiera się transformacja tego obszaru biznesu” – czytamy również. W IV kw. 2019 r. na rynku B2C (klienci indywidualni i SOHO, bez Petrotela) Netia wypracowała przychody w wysokości 140 mln zł (vs. 141 mln zł w III kw. 2019 r.), co wskazuje na stabilizację, wspartą wzmocnieniem pozytywnego trendu w zakresie liczby usług szerokopasmowych i telewizyjnych, świadczonych na własnych sieciach oraz usług mobilnych. Na koniec 2019 r. na rynku B2C Netia świadczyła 1,362 mln usług (-5% r/r oraz -1% k/k). Za ogólnym zmniejszeniem liczby RGU stoi dalsza erozja bazy usług świadczonych na sieci obcej (WLR, BSA, LLU) o kolejnych 17 tys. sztuk, przy jednoczesnym wzroście liczby usług świadczonych na sieciach własnych o 10 tys. sztuk. W efekcie już 57% wszystkich usług na rynku B2C świadczonych jest na sieciach własnych. „Dzięki konsekwentnej modernizacji sieci dostępowych do standardu gigabitowego, odsetek usług szerokopasmowych, świadczonych na sieciach własnych wzrósł w ciągu roku o kolejnych 5 pkt proc. i na koniec 2019 r. wynosi 71%” – czytamy dalej. Na koniec 2019 r. liczba stacjonarnych usług głosowych wyniosła 431 tys. (-16 tys. k/k), a usług szerokopasmowych 547 tys. (-2 tys. k/k), natomiast usług mobilnych 146 tys. (wzrost o 1 tys. k/k).  Spółka podkreśliła również, że wciąż stabilnie rosła też baza użytkowników usług TV. Rok 2019 Netia zakończyła świadcząc 237 tys. usług TV, przypisanych rynkowi B2C (wzrost o 8 tys. w stosunku do III kw. 2019 r.) W całym 2019 r. baza abonentów TV na rynku B2C wzrosła o ok. 28 tys. (+13%.). „Dosprzedaż usług TV i coraz szybszych łączy internetowych (do 1 Gb/s) wspiera utrzymywanie wskaźnika ARPU na stabilnym poziomie ok. 56 zł miesięcznie. Stale rośnie zaś średnia liczba usług na klienta, kończąc rok 2019 na poziomie 1,68x” – podsumowano w materiale. W ujęciu jednostkowym zysk netto w 2019 r. wyniósł 29,22 mln zł wobec 188,99 mln zł zysku rok wcześniej. Netia to operator telekomunikacyjny, dostawca usług telewizyjnych, internetu stacjonarnego oraz mobilnego, telefonii stacjonarnej, a także telefonii komórkowej. Spółka jest notowana na GPW od 2000 r. Głównym akcjonariuszem (65,98% kapitału) jest Cyfrowy Polsat. (ISBnews)